17.06.2012 - Leadville - Breckenridge – 58 km
Po dniu odpoczynku w Leadville wróciła moc w nogach. Na dziś zaplanowałem krótki odcinek do Breckenridge, w którym dzięki Mickiemu z Teksasu mam nocleg u jego znajomych. Po drodze jednak czekało na mnie nie lada wyzwanie. Przeprawa przez jedną z najwyższych i najtrudniejszych przełęczy drogowych ale nie asfaltowych w USA - Mosquito Pass. Z Leadville do Mosquito jest tylko 16km lecz pokonanie tego dystansu zajęło mi prawie cztery godziny. Pierwsze kilometry to asfalt, potem szuter a następnie droga z każdym kolejnym kilometrem jest coraz bardziej stroma i kamienista. Ostatnie cztery kilometry to skaliste rumowisko tylko dla samochodów terenowych z napędem na cztery koła i wysokim zawieszeniem. Tego odcinka nie udało się pokonać inaczej niż pieszo pchając pod górę ciężki rower. Jedyną zaletą tej trasy było to, że mogłem liczyć na spokój i cieszę. Poza mną nikogo nie było na tej trasie. Tego dnia Mosquito Pass czekało tylko na mnie. Tuż przed celem przeszła na de mną mała śnieżyca. Na kilkanaście minut znacznie się ochłodziło, zachmurzyło i posypało granulkami śniegu. Na przełęczy znów się rozpogodziło i mogłem zrobić fajne zdjęcia przy charakterystycznej tablicy w kształcie wozu. Mosquito Pass to jedna z najwyższych i najtrudniejszych do zdobycia przełęczy drogowych w Górach Skalistych. Droga ma długą historię związaną z gorączką złota w XIX wieku. Samo dostanie się na przełęcz nie było łatwe a jeszcze przecież musiałem zjechać w dół. Zjazd a raczej zejście i ślizganie się z rowerem po stromej grubej warstwie śniegu pod którą ukryta była droga momentami było bardzo emocjonujące. Zjechać w tradycyjny sposób mogłem dopiero od starej kopalni kilka kilometrów niżej. Dalsza część trasy była już bardziej standardowa. Zjazd do miasteczka Alba i po godzinie i 10km w górę byłem już na przełęczy Hoosier Pass. Z Hoosier jednak musiałem szybko uciekać ponieważ goniła mnie spora burzowa chmura. Kilkanaście kilometrów niżej w Breckenridge czekali na mnie Bonnie i Ray, znajomi Mickiego, u których mogłem zatrzymać się na noc. Ray w latach 50ych był gwiazdą baseballu i bardzo interesuje się sportem więc było o czym porozmawiać.
18.06.2013 - Breckenridge - Idaho Springs - 137 km, 2050 m górę
Tuż przed ósmą rano po śniadaniu pożegnałem Bonnie i Raya i ruszyłem w stronę kolejnej przełęczy. Czekał mnie ciężki dzień ponieważ wieczorem chciałem dojechać jak najbliżej Idaho Springs skąd zaczyna się podjazd na Mount Evans. Pierwszy nieduży podjazd zaliczyłem już na początku skracając sobie drogę koło jeziora Dillon. Potem krótki zjazd i pierwszy z dwóch tego dnia długich i ciężkich podjazdów na przełęcz Loveland. Na Loveland pojawiłem się chwilę po 12:00. Kilka kilometrów przeD szczytem przez drogę tuż prze mną przebiegło stado kóz. Kilka udało się sfotografować z bliska. Zjazd z przełęczy to kilka serpentyn i dłuższych prostych. Po zjeździe zamiast wjeżdżać na międzystanową 70 udało mi się wypatrzeć drogę rowerową prowadzącą aż do Georgetown pięknego miasteczka utrzymanego w dziewiętnastoletnim stylu z zabytkową kolejką wąskotorową która wciąż służy turystom. W Georgetown odpocząłem chwilę w stylowej restauracji. Zamówiłem sałatkę oraz tosta. Z Georgetown czekał mnie podjazd na przełęcz Guanella Pass. Ku mojemu zaskoczeniu cała trasa pokryta nowym asfaltem. Przygotowując się do wyprawy oglądałem zdjęcia na których wyraźnie było widać szuterek.
19.06.2013 - Idaho Springs - Bergen Park - 97 km, 1940 m w górę
Dawno nie spałem tak blisko drogi, w linii prostej było jakieś trzy metry. Dobrze, że nie jest to główna droga. Wieczorem przejechało tylko kilka aut a rano obudziłem się przed budzikiem więc było naprawdę cicho. Przed 7:00 ruszyłem w górę drogi 103 w kierunku Echo Lake z którego zaczyna się faktyczny podjazd na Mount Evans. Do szczytu miałem 37 kilometrów. W rzeczywistości można uznać, że najniższym punktem jest Idaho Springs i właśnie stąd należałoby liczyć początek podjazdu. Z Idaho Springs na M. Evans jest 28 mil i około 2000 metrów przewyższenia, z Echo Lake jest tylko 14 mil (22,5km) i 1600 metrów w pionie. Wciąż czując w nogach Mosquito Pass i wczorajsze przełęcze nie jechało mi się dobrze. Zmęczone nogi ciężko i leniwie kręciły pod górę. Na Mount Evans planowałem dojechać w okolicach 12-13:00 a wjechałem dopiero o 15:00. W Denver muszę trochę odpocząć. Głowa chciała by więcej niż nogi pozwalają. W Echo Lake na początku podjazdu czekała mnie miła niespodzianka. Nie musiałem płacić za przejazd drogą Mount Evans Road. Spodziewałem się zapłacić 3 USD jednak rowerzyści mieli tego dnia wjazd za darmo. Mając cały dzień przeznaczony na tą jedną górę i tak nie mając siły na szybki podjazd zatrzymywałem się prawie co kilometr na odpoczynek, zdjęcie, posiłek czy zwykłe podziwianie widoków. Pierwsze dziewięć mil do jeziora Summit Lake to głównie długie proste odcinki o nachyleniu do 8%. Ostatnie sześć mil jednak to zdecydowanie większa stromizna nawet do 15% oraz serpentyny prawie do samego szczytu. Droga oczywiście jest bardzo popularna wśród rowerzystów. Dzisiejszego dnia cyklistów na góralach i kolarkach wiedziałem zdecydowanie najwięcej od początku wyprawy. Tuż pod samym szczytem Mount Evans gdzie kończy się najwyższa droga asfaltowa USA oraz całej Ameryki Północnej znajduje się parking, punkty widokowe oraz ruiny budynku który eksplodował w latach 60tych. Ciekawy jest fakt, że pierwszą drogę na Mount Evans otwarto już w 1931 roku. Zjazd zajął mi prawie godzinę. Górna część drogi jest dość mocno zniszczona, sporo nierówności, kilka dziur i poprzecznych pęknięć które przeszkadzają najbardziej. W jedną dziurę wjechałem na sporej prędkości i tylne koło niestety ucierpiało. Skutki dosyć poważne. Obręcz skrzywiona i uciekające powietrze w dętki. Dobrze, że jutro już będę w Denver gdzie zaplanowany mam serwis oraz wymianę części na nowe. Rower przejechał już sporo ponad 7000 kilometrów więc dla komfortu dalszej jazdy warto zrobić generalny serwis chodź pewnie że 2-3 tysiące kilometrów udałoby się jeszcze zrobić na niektórych częściach. Z Echo Lake przez przełęcz Squaw zjechałem całkiem nisko i bardzo blisko Denver. Miasteczko Bergen Park znajduje się 25 kilometrów od stolicy stanu Colorado na wysokości 2400m.npm. Tutaj zrobiłem zakupy i w parku w drewniano-kamiennym szałasie miałem fajne spanie bez rozkładania namiotu.
20-21-22-23.06.2013 Odpoczynek w Denver i okolicach, 108 km
Noc bardzo ciepła, rano już 12st.C. Już przed szóstą podjechałem na poranną kawę i WiFi do FF. Nie musiałem się spieszyć. Do Denver tylko 30km w górki. Po 9:00 byłem już w centrum miasta przed biurem firmy Finish Line gdzie miałem umówione spotkanie z Danem, międzynarodowym menagerem tej marki. W biurze czekała na mnie niespodzianka z Polski. Wspierająca mnie firma Sante wysłała mi prawie siedmiokilową paczkę zdrowej żywności. Ponownie jedna pełna sakwa przeznaczona jest na batoniki, musli i suszone owoce Sante. Dan pomógł mi w serwisowaniu roweru, znalezieniu noclegu a wieczorem zabrał mnie na degustację piwa małego browaru z Idaho Springs. Kolejnego dnia do 15:00 musiałem czekać na odbiór roweru ponieważ w serwisie nie posiadali pasujących do mojej korby zębatek. Dziwne bo to przecież standard SLX Shimano. W każdym razie po ponad 7500km bez serwisu wymieniłem praktycznie cały napęd, założyłem nowe klocki hamulcowe oraz oponę na tylne koło. O 16:00 czekał mnie szybki sprint do Longmont gdzie miałem się spotkać z Jeffem z firmy Cateye USA u którego mogłem odpocząć przez kolejne dwa dni oraz oczywiście zwiedzić kwaterę główną Cateye USA w Boulder gdzie Jeff obdarował mnie prezentami w postaci nowego licznika Cateye Adventure, koszulką, skarpetkami oraz naklejkami na sakwy Cateye. Jeff był zaskoczony jak mu powiedziałem, że mój "stary" Adventure posiadam już 6 lat. To sporo jak na licznik rowerowy, jednak komputerek świetnie się spisywał podczas wszystkich moich dotychczasowych i na pewno będzie podczas kolejnych wypraw.
24.06.2013 - Longmont - Fall River Pass - 96 km, 2400 m w górę
Po prawie czterech dniach odpoczynku mięśnie zdążyły się zregenerować. Kiedy jednak zacząłem podjazd W kierunku Trail Ridge Road moja psychika zaczęła płatać figle. Te kilka dni odpoczynku trochę wybiły mnie z codziennego rytmu jazdy i rozleniwiły. Pomimo tego że byłem wypoczęty ochoty do jazdy nie było zbyt wiele. Kolejne kilometry pod górę pokonywałem bardzo wolno i leniwie mimo, że podjazd z Longmont do Ester Park nie był trudny. W Ester Park zrobiłem sobie godzinną przerwę na kawę. Na niewiele się to zdało poza tym że straciłem godzinę. Zaraz za Ester Park wjechałem na drogę Trail Ridge Road na której znajdują się aż trzy wysokie przełęcze drogowe obok siebie. Nie spodziewałem się tylko opłaty za przejazd tą drogą (10USD). Droga z całości znajduje się w Parku Narodowym Gór Skalistych (Rocky Mountain National Park) i jest najwyższą "Continuous Highway" USA. Do pierwszej przełęczy miałem około 32km i ponad 1400 metrów w górę. Nie lubię zaczynać podjazdu na przełęcz popołudniu a tym razem po 15:00 jeszcze byłem w Ester P. Sama przełęcz znajduje się na skrzyżowaniu starej i nowej drogi T.R.R. na wysokości 3594m chodź kilka kilometrów wcześniej dwa zdobyłem wyższą Iceberg Pass o czym nawet nie wiedziałem. Dopiero kiedy spojrzałem na mapę zorientowałem się o tym fakcie więc nawet nie mam fajnego zdjęcia z Iceberg Pass. Na przełęcz Fall River Pass dojechałem przed 20:00. Robiło się późno, mocno wiało i było chłodno. Jedynym plusem było piękne zachodzące słońce przy którym zdjęcia wychodziły naprawdę niesamowite. Zamiast zjeżdżać w dół zacząłem szukać miejsca na nocleg przy schronisku na przełęczy. Niestety wszystko było pozamykane poza toaletami. Z braku lepszego wyboru wszedłem do najbardziej czystego kibelka razem z rowerem, zamknąłem się od środka i rozłożyłem karimatę na podłodze. Toalety w miarę nowe, w środku światło i o wiele cieplej niż w namiocie. Na wysokości prawie 3600m w nocy, kiedy temperatura spada do około 0st.C każde miejsce jest lepsze od namiotu wystawionego na silny wiatr który dodatkowo potęguje chłód.
25.06.2013 - Fall River Pass - Berthoud Pass, 118 km, 1300 m w górę
Rano w kibelku miałem 8st.C a na zewnątrz było około 2st.C na przełęczy. To spora różnica jeśli miałbym spać w namiocie. Dzień w piżamie zacząłem od długiego zjazdu do miasteczka Granby przez przełęcz Milner. Już o 10:00 miałem ponad 60km i 48 do przełęczy Berthroud. Trochę się cofam ale to już ostatnia zaplanowana przełęcz w Colorado powyżej 3000m.npm. Czas ruszyć bardziej na północ w stronę Wyoming. Na przełęcz wjeżdżało mi się o niebo lepiej niż wczoraj. Bez wysiłku na Berthroud Pass zameldowałem się o 17:00 mając przejechane ponad 110km. Osiem kilometrów niżej niedaleko szlaku trailowego rozbiłem namiot i odpoczywałem do wieczora. Pogoda idealna na camping. Prawdopodobnie po jutrze będę miał darmowy nocleg :) Zarejestrowałem się w serwisie Warmshowers. Podobno o wiele lepszym niż Couchsurfing i tylko dla rowerzystów. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
26.06.2013 - Berthoud Pass - Kremmling - 101.5 km
Do darmowego noclegu w Steamboat Springs jest około 170km więc musiałem podzielić to mniej więcej na pół. Dziś dłuższy etap, jutro krótszy. Tyle, że pierwsze 100km zrobiłem dziś do 14:00 i zastanawiałem się czy do wieczora zdążyłbym dojechać do Steamboat Spr. W Kremmling byłbym jeszcze szybciej ale po drodze złapałem flaka, niestety w tylnym kole z nową oponą i dętką. Tutejsze drogi dziurawe może i nie są ale na poboczach którymi zazwyczaj jeżdżę jest sporo śmieci i małych kamyczków na które od czasu do czasu niestety najadę. Z Winter Park przez Granby aż do Kremmling miałem z góry lub płasko i nawet wiatr nie przeszkadzał więc szybka setka zrobiona z niezłą średnią 20.8km/h z przewyższeniem 350m w górę. Zamiast szaleć zrobiłem sobie luźne popołudnie w saloonie w Kremmling. Lody, kawa, WiFi, zdjęcie z misiem czyli typowe saloonowe atrakcje znane z filmów z dzikiego zachodu. Powiedziałem, odpocząłem, nadrobiłem mailowe zaległości i późnym popołudniem za Kremmling zacząłem szukać miejsca na nocleg. Kilka kilometrów dalej zjechałem w szutrową drogę i na sporej polanie przećwiczyłem szybkie rozbijanie namiotu. Szybkie, ponieważ musiałem stoczyć małą wojnę z komarami które w ilości kilkudziesięciu zaczęły kąsać po całym ciele. Po kilku minutach siedziałem już w namiocie i brałem odwet za wszystkie ukąszenia. Kilkanaście komarów dostało się do środka więc urządziłem sobie małe polowanie. Damian vs komary 1:1. Jutro szybkie dwie przełęcze niedaleko siebie poniżej 3000m i długi zjazd do Steamboat Springs.
27.06.2013 - Kremmling - Steamboat Springs - 95 km
Plan na dziś był bardzo prosty. Zdobyć dwie łatwe przełęcze, zjechać do Steamboat Springs i znaleźć darmowy nocleg u Suzi. Przełęcze zdobyłem do 9:00. Pierwsza Muddy Pass bardzo łatwa,.druga a raczej dwie drugie również. Dwie ponieważ Rabbit Ears Pass królicze uszy to tak naprawdę dwuwierzchołkowa przełęcz podzielona na część wschodnią i zachodnią na odcinku kilku kilometrów. Sądziłem, że właśnie dlatego wybrano taką nazwę dla tej przełęczy, jednak niedaleko znajduje się szczyt o nazwie Rabbit Ears Peak na którym jest skala przypominająca królicze uszy. Zjazd do Steamboat Springs był o tyle ciekawy, że nie musiałem używać hamulców zjeżdżając w dół. Droga jest tak wyprofilowana a zakręty a właściwe jeden nawrót tak łagodne, że do samego dołu można czerpać radość z długiego i szybkiego zjazdu. N najdłuższej prostej o nachyleniu 7% uzyskałem na obładowanym Instinctie największą jak do tej pory prędkość maksymalną - 65.5km/h. Steamboat Springs jak sama nazwa wskazuje znane jest z produkcji statków parowych oraz gorących źródeł. W mieście znajduje się również skocznia oraz trasy narciarskie. Mi jednak poprzez serwis Warmshowers udało się znaleźć darmowy nocleg i Suzi oraz jej przyjaciółek. Po śniadaniu i kawie w FF udałem się pod wskazany adres gdzie czekała na mnie wygodna kanapa, WiFi, prysznic, możliwość skorzystania z pralki oraz kolacja :) Popołudniu po dłuższym odpoczynku i kiedy nie było już tak upalnie podjechałem jeszcze do sklepu po lody i wyszła nawet niezła dzienna liczba kilometrów. Wieczorem pożegnałem się z dziewczynami bo rano chciałem wyjechać wcześnie ponieważ czekał mnie ciężki dzień.
28.06.2013 - Steamboat Springs - Mountain Home - 127 km, 1800 m w górę
Rano skorzystałem z okazji i zjadłem śniadanie w normalnych warunkach. Chwilę po siódmej podjechałem jeszcze do marketu na zakupy i skierowałem się na drogę numer 60 do przełęczy Buffalo. Do końca nie byłem pewien którą drogę do Wyoming wybrać, miałem trzy warianty a oczywiście zdecydowałem się na najtrudniejszy. Ze Steamboat Spr. do Buffalo Pass było jest 22km i około 1100m w górę. Początek podjazdu jest asfaltowych, potem nawet dobra droga utwardzona, następnie szuter i pod sam koniec kamienie. Mniej więcej do połowy podjazdu zdarzały się odcinki o nachyleniu do 14-15% więc całkiem sporo. Im bliżej przełęczy tym podjazd się wypłaszczał a nawet kilka razy było lekko z górki. Na przełęczy zabrakło znaku z nazwą i wysokością przełęczy ale za to tuż obok znajduje się pięknie położone jeziorko Buffalo Lake. Kilka kilometrów za przełęczą natrafiłem na zamkniętą bramę na drodze. Dziwne, ponieważ nie było informacji że droga jest zamknięta. Przynajmniej miałem spokój z samochodami. Przez te kilka godzin w lesie minęło mnie może pięć aut. Z przełęczy zjechałem do doliny rzeki N.Platte długiej i szerokiej na kilkadziesiąt kilometrów na wysokości około 2500m.npm dookoła otoczoną górami. Ponieważ znów zrobiło się upalnie a deszczu już dawno nie wiedziałem, zrobiłem sobie mały prysznic połączony z myciem zakurzonego roweru po szutrowej przełęczy. Przed bramą jednego z rancz natrafiłem na zraszacze trawy. Tak jak stałem wjechałem pod chłodzący prysznic. W kilka chwil byłem cały mokry a rower czysty. Niestety kilkanaście minut później o mokrych spodenkach i koszulce nie było mowy. Kolejne ukojenie znalazłem w miasteczku Walden. Schowałem się w restauracji i sączyłem napój w lodem. Kolejne kilometry pokonywałem nawet szybko ze średnią prędkością 18-20 km/h. Późnym popołudniem już nie było tak gorąco. Pod wieczór po trzech tygodniach spędzonych w Colorado przekroczyłem granicę stanu i wjechałem do Wyoming. To już szesnasty stan do którego zawitałem. W pierwszej osadzie w Wyoming, Mountain Home wstąpiłem jeszcze do baru na mrożoną herbatę z lodem i kilka kilometrów dalej w lesie rozbiłem namiot. Noc zapowiada się ciekawie. Krowy muczą a jelenie ryczą w oddali.
29.06.2013 - Mountain Home - Saratoga - 142 km
Noc bardzo ciepła mimo wysokości ponad 2700m. Spakowałem się jeszcze przed 7:00 i ruszyłem w drogę. Najpierw 200m.w górę potem 600m w dół. Zamiast jechać do Laramie znalazłem skrót przez Albany do Centennial. Droga szutrowa ale jechało się nieźle. W Centennial z braku sklepu i przeciągu w sakwach wstąpiłem do restauracji na śniadanie i 1.5L izotonika. W południe nogach było już ponad 55km a do przełęczy 19km i 800m w górę. Wychodząc z restauracji spotkałem Jasona. Urodzonego w Hong Kongu i mieszkającego po części w Tokyo i Denver chłopaka. Praktycznie do przełęczy jechaliśmy razem. Trochę pogadaliśmy, powymienialiśmy się informacjami. Droga do przełęczy znacznie się dzięki temu skróciła. Przełęcz Snowy Range Pass to muszę przyznać jedna z najładniejszych przełęczy które do tej pory zdobyłem w Górach Skalistych. Na jej szczycie znajduje się punkt widokowy na piękne i szerokie pasmo wierzchołka Medicine Bow Peak oraz na przeciwko rozległą panoramę na Wyoming i Colorado. Wydaje mi się, że przełęcz Snowy Range to najwyższa przełęcz drogowa Wyoming ale tą informację muszę jeszcze sprawdzić. Pierwsza zdobycz w Wyoming i od razu najwyższa ;) Na przełęczy pożegnałem się z Jasonem i zacząłem zjazd do miasta Saratoga w poszukiwaniu marketu. Zjazd trochę mi się dłużył. W pewnym momencie nawet tak zachciało mi się spać że aż musiałem się zatrzymać żeby nie zasnąć na siodełku. Do Saratogi zjechałem po 18:00, znalazłem market, zrobiłem zakupy i parę kilometrów dalej trafił się fajny nocleg bez rozkładania namiotu. Murowany, zadaszony punkt do obserwacji zwierzyny wodnej. Miejsce do siedzenia (leżenia, spania), widok na góry i jeziorko oraz schronienie przez wiatrem i prawdopodobnie deszczem. Nawet bardzo się zachmurzyło, może wreszcie spadnie trochę wody z nieba. Mimo bliskiej odległości że zbiornikiem wodnym o dziwo nie ma komarów które dokuczały mi przez ostatnie kilka dni.
30.06.2013 - Saratoga - Jefferson City - 196.5 km, 19.9śr, 9:51:35, 909 m w górę
Mimo wybornego miejsca do obserwacji zwierząt i zjawisk pogodowych poza zachmurzeniem i kilkoma piorunami za dużo deszczu nie spadło w nocy. Wyruszając po 6:00 spotkałem parę emerytów Barbarę i Jeffa którzy przemierzali stanu z New Jersey do Oregonu. Do popołudnia trzymaliśmy się mniej więcej w zasięgu wzroku, kilkanaście kilometrów przed Muddy Gap rozdzieliliśmy się na dobre. Wcześniej spotkaliśmy jeszcze Jessice która z kolei jechała na wschodnie wybrzeże. Przy okazji spotkania trzech różnych wypraw można było zrobić przegląd konkurencyjnych przyczepek rowerowych. Burley, Bob oraz Extrawheel w jednym miejscu. Nieskromnie muszę przyznać, że mój Extrawheel nie dosyć że najlżejszy to jeszcze można powiedzieć, że wygląda najlepiej. Przez najniższą jak do tej pory przełęcz w USA Muddy Gap przejechałem po 17:00 mając prawie 140km. Na stacji paliw tuż za przełęczą uzupełniłem płyny, wodę, odpocząłem chwilę i drogą 287 ruszyłem na zachód w kierunku Lander. Niezdecydowany do tej chwili wiatr z całą siłą zaczął wiać mi w plecy. Z łatwością zacząłem utrzymywać prędkość powyżej 30km/h. Przez kolejne dwie godziny zrobiłem prawie 60km a średnia prędkość dzienna wzrosła do prawie 20km/h. Dzień zakończyłem na rekordowych jak dotąd 196 kilometrach na kontynencie amerykańskim 12km przed Sweetwater. Gdyby nie zbliżająca się burza i zmrok zapewne pękło by 200km. Nic straconego, zapewne będzie jeszcze nie jedna okazja na poprawę tego rezultatu.
1.07.2013 – Jefferson City – Riverton – 119 km
Wieczorem przeszły dwie chmury z których trochę popadało, trochę pogrzmiało i pobłyskało. Rano nie czułem większego zmęczenia niż zwykle. Przeważnie potrzebuje kilka kilometrów na to żeby się rozkręcić. W Sweetwater, miasteczku do którego miałem 12km największą atrakcją była Rest Area. Gdybym wczoraj wiedział, że są tu takie luksusy to te 12km wykręcił bym wczoraj. Z takim wiatrem jak wieczorem to w sumie dwadzieścia minut. Dziś niestety już wiatr nie sprzyjał. Priorytetem było dziś dojechać do pierwszego miasta Lander i uzupełnić zapasy wody i jedzenia a potem zastanowić się co dalej. Po głowie chodziła mi historyczna przełęcz South Pass do której miałem ponad 70km w przeciwnym kierunku. Nie miałem jednak ochoty wracać się aż tak daleko i dwa razy pokonywać tego samego odcinka w upale więc odpocząłem tylko chwilę w FF i ruszyłem w stronę Riveton z nadzieją na darmowy nocleg. Niestety w Riverton z noclegiem nie wyszło ale za to dostałem wiadomość ze czeka na mnie miejsce do spania, kolacja, prysznic oraz możliwość zrobienia prania w kolejnym miecie Thermopolis do którego dojadę jutro. Tymczasem po zakupach zaraz za Riverton zaszyłem się na noc w niewielkim lesie w namiocie. Komary znów trochę mnie pokąsały, coraz więcej czerwonych krostek na mojej skórze.
2.07.2013 – Riveton – Thermopolis – 97 km
Wydawało mi się że w nocy trochę pokropiło ale byłem tak zaspany, że do końca nie jestem pewien. Rano obudziłem się wypoczęty a temperatura jeszcze przed 7:00 wynosiła 15st.C. Komary na szczęście o poranku nie kąsają tak bardzo jak wieczorem więc w normalnym tempie mogłem złożyć namiot. W kolejnym miasteczku Shoshoni na stacji paliw kupiłem kawę i w zacienionej ławce obok rozłożyłem ołtarzyk i zjadłem śniadanie. Dalsza część trasy przypominała przejazd po pustyni gdyby nie zbiornik wodny Boysen w którego okolicach można było dopatrzeć się trochę zieleni. Zjechałem już na wysokość około 1500m.npm i mimo że kieruję się na północ to wciąż jest upalnie. Chwilami wydaje mi się, że jedynie wiatr wiejący z północy jest trochę chłodniejszy. Do Thermopolis dojechałem po 13:00. Według informacji z mapy znajdują się tu największe na świecie gorące źródła. Po chwili odpoczynku w klimatyzowanej restauracji podjechałem zobaczyć te gorące cuda. Kilka basenów, źródeł, strumieni i ciekawa forma skalna utworzona przez płynącą tu od tysięcy lat wodę. Wszystkie wodne atrakcje w Thermopolis udostępnione są za darmo. Po zwiedzaniu źródeł udałem się pod wcześniej wskazany adres na spotkanie z Chrisem i jego rodziną. Chris poprzez serwis Warmshowers zaoferował mi miejsce do spania. I tak w domu Chrisa na kolację dostała mi się pizza a sala kinowa została lekko zmodyfikowana na pokój sypialniany.
3.07.2013 – Thermopolis – Meadow Lark Lake – 131 km
Po nocy na wygodnym materacu i dobrym śniadaniu z ochotą ruszyłem w stronę kolejnej wysokiej przełęczy w Wyoming. Od 7:00 do 10:00 wykręciłem ponad 50 kilometrów zanim jeszcze zrobiło się upalnie. Za miastem Worland niestety mój licznikowy termometr wskazywał już tylko powyżej 40 st.C. Przez cały dzień spotkało mnie jednak kilka miłych rzeczy i jedna zła. Najpierw zatrzymał się facet pytając czy nie potrzebuję wody, potem azjata z rodziną bardzo chciał ze mną zdjęcie ponieważ interesuje się długodystansowymi podróżami rowerowymi, w miasteczku Tensleep nie musiałem płacić za mrożoną herbatę a na koniec dnia od pary z Iowa dostałem ciastka i garść słodkich czereśni. Niestety chwila nieuwagi na zjeździe zaowocowała poważnymi kłopotami technicznymi. Pędząc w dół z prędkością około 40km/h nie zauważyłem dziury w drodze w którą wjechałem wszystkimi trzema kołami. W skutek czego zaliczyłem dwa flaki i pękniętą obręcz w tylnym kole. Z flakami sobie poradziłem za pomocą łatek ale obręcz będę musiał niestety wymienić na nową w najbliższym mieście. Od Tensleep zaczął się w końcu podjazd na przełęcz Powder River. Z tą lekko pękniętą obręczą musiałem jechać bardzo ostrożnie, całe szczęście ze nie pękła całkiem tylko w kilku miejscach widać pojedyncze rysy a w jednym miejscu większe pęknięcie. Mimo kolebocącego koła udało mi się dojechać aż na wysokość 2700m a do przełęczy zostało tylko 18km. Nocleg znalazłem w Willow Park, niby z zakazem campingowania ale nikogo oprócz mnie nie było więc schowałem się między ławkami kiedy zaczynało robić się ciemno.
4.07.2013 – Meadow Lark Lake – Buffalo – 94 km
Rano 8st.C, prawie udało mi się zmarznąć. Po wczorajszym upale to wspaniałe uczucie. Do przełęczy Powder River Pass dojechałem już tuż po ósmej. Spodziewałem się szybkiego zjazdu do Buffalo żeby znaleźć sklep rowerowy i wymienić obręcz jednak droga prowadziła raz w dół a raz w górę że sumując podjazdy można by wjechać na całkiem sporą kolejną przełęcz. W okolicach południa w końcu udało mi się dojechać do Buffalo. Zakupy, obiad i odpoczynek się udały jednak sklepu rowerowego nie znalazłem. Ruszyłem więc dalej w kierunku kolejnego, większego miasta Sheridan. Kiedy tylko wjechałem na jedyną drogę prowadzącą do Sheridan, międzystanową I90 przede mną zatrzymał się samochód z którego wysiadła kobieta która widziała mnie wczoraj w Tensleep. Z okazji święta 4 lipca zaprosiła mnie na celebrowanie tego ważnego dla amerykanów dnia nad jeziorem Lake Desmet gdzie czekała cała jej rodzina. Oczywiście z przyjemnością przyjąłem zaproszenie, było mi to nawet na rękę ponieważ do Sheridan dojechałbym prawdopodobnie popołudniu tuż przed zamknięciem sklepów a tak jutro rano dojadę do Sheridan i do południa myślę ze uda się wymienić obręcz. Z Brendą i jej dwudziestoosobową rodziną najpierw odpoczywaliśmy nad jeziorem a potem na RV Park było wielkie świąteczne żarełko bardziej w stylu meksykańskim niż tradycyjnym amerykańskim. Zabawę i resztę wieczoru popsuła niestety pogoda. Zerwał się silny wiatr, przeszła ulewa oraz burza. W sumie niepotrzebnie tak wcześnie rozbijałem namiot razem ze wszystkimi. Porywisty wiatr niestety złamał jeden z kijków i jutro muszę kupić albo same kijki albo nowy namiot. Za dużo ostatnio tych niespodziewanych wydatków więc znów bardziej będzie trzeba zacisnąć pasa. Dobrze, że przynajmniej mam szczęście z darmowymi noclegami i nie muszę wydawać pieniędzy na motele. Prawdopodobnie kolejny nocleg czeka mnie w Jackson a następny w Bozeman. Tymczasem 4 lipca śpię w sali konferencyjnej ośrodka Lake Desmet. Ciepło, sucho i miękko.
5.07.2013 – Buffalo – Burgees Jct – 104 km
Rano przy śniadaniu wszyscy się śmiali, że na tej całej ulewne wyszedłem najlepiej ponieważ spałem w największym pokoju w ośrodku. Zaraz po śniadaniu i wspólnym zdjęciu międzystanową I90 ruszyłem w kierunku Sheridan z nadzieją na zakup nowej obręczy i namiotu. Z namiotem poszło szybko mimo, że nie udało się kupić samych kijków. Niestety obręczy nie dostałem w jedynym sklepie rowerowym w Sheridan nie mieli obręczy pasującej do mojego roweru. Chłopaki w serwisie byli chyba jeszcze trochę rozleniwieni wczorajszym świętem ponieważ kiedy zaproponowałem żeby zamienili mi obręcze z przedniej na tylną i odwrotnie stanowczo mi to odradzili a przecież największy ciężar spoczywa na tylnym kole. Cóż, kolejna szansa na naprawę roweru za około 200km w miastach Powell lub Cody. W Sheridan do następnego celu, przełęczy Granite Pass jest około 88km. Nie pozostało nic innego jak podjechać jak najbliżej i najwyższej celu a jutro rano zdobyć przełęcz. W Dayton miałem przymusowy odpoczynek na dosyć mocny opad. Odzwyczaiłem się od deszczu a tu nagle w dwa dni pod rząd leje się z nieba. Z 1100m wjechałem na ponad 2300m gdzie na pięknej polanie z widokiem na drogę i góry rozbiłem nowy namiocik. Do przełęczy 38km ale przynajmniej wysokość mam niezłą. Jutro w planie zdobycie Granite Pass, zjazd do skrzyżowania … , wjazd na szczyt Medicine Wheel i być może zjazd aż do miasteczka Lovell. O 22:00 znów zerwał się wiatr i zaczęło padać.
6.07.2013 – Burgess Jct – Byron – 153 km
Rano przespałem budzik i obudziłem się kwadrans przed ósmą. Dziwne, że tak przysnąłem ponieważ nie czułem się bardzo zmęczony. Zwinąłem namiot i zacząłem dalszy podjazd. Wczoraj wykonałem najcięższą robotę wjeżdżając tak wysoko. Po drodze do przełęczy Granite Pass udało się wypić poranną kawę w górskim resorcie. Od skrzyżowania głównych dróg do Granite Pass podjazd jest bardzo łagodny i prosty. Po zdobyciu przełęczy musiałem wrócić się kawałek do skrzyżowania i dalej kierować się do następnego celu. W planach miałem wjazd na 2900m na miejsce kultu Indian zwane Medicine Wheel ale zabrakło na to czasu i jedzenie w sakwach. Poza tym zbliżała się burza no i musiałem uważać na obręcz a droga na szczyt szutrowo kamienista. Wcześniej przejechałem najwyższy punkt drogi numer 14 więc tuż przed zjazdem do Lovell zrobiłem sobie zdjęcie przy tablicy informującej i ostrzegającej o stromym zjeździe. Skoro szczyt tuż obok nazywa się Medicine Peak a indiański krąg Medicine Wheel to miejsce przy tablicy nazwałem Medicine Pass. To już kolejne (nie) przełęcz która przełęczą być powinna. Zjazd do Lovell okazał się bardzo ekscytujący z kilku względów. Górna część drogi w dół to 10% nachylenie z ostrymi zakrętami a dolną część to dwie kilku kilometrowe proste w minimalnym spadem. Na jednym z odcinków rozpędziłem się do 67.4km/h co jest moim nowym rekordem w USA na Instincie z sakwami. Na dystansie kilkunastu kilometrów w ekspresowym tempie zjeżdża się z ponad 2700m na około 1100m do jeziora Big Horn przez które prowadzi ponad kilometrowy most oczywiście prosty jak strzała. Podczas zjazdu mogłem obserwować burzę którą akurat przechodziła obok, jednak o drugą burzową chmurę otarłem się na wspomnianym moście. Do miasta Lovell dotarłem po 19:00 gdzie uzupełniłem zapasy jedzenia. Nocleg po 154km za miasteczkiem Byron przy starej szopie. Jutro niedziela więc pewnie sklepy rowerowe w Powell i Cody pozamykane.
7.07.2013 – Byron – Cody
Tym razem obudziłem się grubo przed budzikiem. Za piętnaście szósta zwijałem już namiot a w Powell 20km dalej byłem tuż po 7:00 i cieszyłem się poranną kawką. Tak jak myślałem sklep rowerowy w Powell w niedzielę zamknięty. Podjechałem więc kolejne 45km dalej do większego miasta Cody. Tutaj również jedyny sklep rowerowy nieczynny. Nie pozostało nic innego jak poczekać do jutra do 10:00 czyli do otwarcia sklepu. Mam tylko nadzieję, ze w tym sklepie uda się kupić i założyć nową obręcz. Na coraz bardziej pokrzywionej i popękanej przejechałem już grubo ponad 500km. Kolejny sklep dopiero w Jackson do którego mam ponad 300km więc raczej nie mogę ryzykować dalszej jazdy. Obręcz i tak w każdej chwili może pęknąć. W Cody byłem już w południe a do jutra sporo czasu, postanowiłem więc znaleźć tani nocleg. Niestety hostel został akurat zamknięty a ceny motelów w okolicach 100USD. Pozostaje do jutra koczować w fastfooddzie i parku obok w którym oczywiście jest wyraźny zakaz “Camping Prohibited”. Tak czy inaczej prawie cały dzień stracony przez jednen mały błąd. Przynajmniej nogi odpoczną, mam też czas na porządki w sakwach, przesmarowanie napędu i nadrobienie zaległości mailowych.